wtorek, 25 lutego 2014

Plan życia

O przeznaczeniu człowieka decyduje to, co dzieje się w jego głowie w zestawieniu z tym, co dzieje się na zewnątrz niej. Każdy sam projektuje własne życie. Wolność daje człowiekowi moc wprowadzania tych projektów w życie, a moc ta umożliwia ścieranie się z planami innych ludzi. Jeśli nawet o wyniku decydują ludzie, których nigdy w życiu nie spotkał, czy zarazki, których nigdy nie dane mu było dostrzec, to jego ostatnie słowa oraz te, które wyryte zostaną na jego nagrobku, wyrażą jego dążenia za życia. Jeżeli umiera nieszczęśliwy, w zapomnieniu, jedynie ci, którzy dobrze go znali, będą w stanie te słowa zrozumieć. Wszyscy pozostali, spoza najbliższego kręgu przyjaciół i rodziny, nie będą mogli ich właściwie zinterpretować. Najczęściej człowiek spędza życie, oszukując i zwodząc świat oraz samego siebie.
Każdy z nas we wczesnym dzieciństwie decyduje o tym, jak będzie żył i jak umrze. Plan ten, cały czas obecny w naszym umyśle, nazywać będziemy skryptem. O zachowaniach błahych decydować można racjonalnie, jednak nasze najważniejsze decyzje już zostały powzięte. Zdecydowane zostało, jakiego rodzaju osobę poślubimy, ile będziemy mieli dzieci, w jakim łóżku umrzemy i kto przy nas wtedy będzie. Choć może to nie być to, czego byśmy pragnęli, jednak do tego zmierzamy.

Eric Berne, Dzień dobry... i co dalej?, Poznań 2011, str. 51.

sobota, 1 lutego 2014

Musimy porozmawiać o Kevinie



We Need to Talk About Kevin


Lionel Shriver

Eva Khatchadourian jest kobietą sukcesu. Ma pasjonującą pracę,  świetnie zarabia, ma męża, którego kocha z wzajemnością, niezależność,  poukładane życie. Początkiem końca tej sielanki okazują się być narodziny syna.
Kevin od samego początku sprawia Evie mnóstwo kłopotów, kobieta nie potrafi nawiązać z nim więzi, pokochać go. Stara się być dobrą matką, ale nie przychodzi jej to łatwo, tym bardziej, że Kevin jest dzieckiem, powiedzmy,  wymagającym i trudnym. Z czasem okazuje się również, że nie jest go łatwo kochać, ba, nawet lubić. Kiedy Eva wraca do pracy, kolejne opiekunki przychodzą i odchodzą, żadna długo nie wytrzymuje sprawowania opieki nad Kevinem. Rekordzistka zrezygnowała po kilku godzinach.
Franklin, tata Kevina, zupełnie nie dostrzega problemów wychowawczych z dzieckiem i nie pomaga Evie zrobić coś z tym. Za każdym razem kiedy dochodzi do konfrontacji rodziców kończy się to kłótnią. Franklin ma ogromny żal do Evy, że nie jest kochającą i oddaną matką.  Jest ojcem – kumplem, pobłażliwym, infantylnym. W jego relacji z dzieckiem odczuwa się jednak dużą sztuczność.  
Z biegiem lat pojawia się co raz więcej „incydentów”, w które wmieszany jest Kevin, ale nigdy nie można mu bezpośrednio przypisać winy. Tuż przed swoimi szesnastymi urodzinami Kevin zabija siedmioro kolegów ze szkoły, nauczycielkę i pracownika szkoły. Zabił bo był zły, czy zabił bo matka nie potrafiła go kochać?
We Need to Talk About Kevin to powieść  epistolarna. Po latach, kiedy całe zło już się wydarzyło, Kevin za chwilę kończy 18 lat, Eva pisze w listach do Franklina to, o czym nie potrafili rozmawiać, kiedy byli razem. Z dystansu patrzy na wychowywanie syna i opowiada o tym mężowi.
Jeszcze się nie spotkałam z książką, która tak dobrze opisuje trudy macierzyństwa, głównie jego cienie. Przeczytałam ją miesiąc temu, a nadal dużo o niej myślę. Powieść porusza do głębi, zaskakuje, wzbudza w czytelniku silne emocje i pobudza do refleksji. Czy dziecko może urodzić się złe, czy też to wynik wychowania? Czy można nie lubić własnego dziecka? Czy istnieje coś takiego jak instynkt macierzyński? Czym różni się odpowiedzialność matki i odpowiedzialność ojca za wychowanie dziecka? I wiele, wiele innych kwestii.
Książka trzyma w napięciu i nerwowym oczekiwaniu do samego końca. Czytelnik czuje, ze coś się musi jeszcze zdarzyć, no i doczekuje się…
We Need to Talk About Kevin łamie stereotypy. Bardzo rzadko spotyka się w literaturze taki sposób przedstawienia macierzyństwa. Nie zawsze dziecko jest upragnione i wspaniałe. Bycie rodzicem to ciężka harówka 24/7. Nie każdemu przychodzą łatwo takie poświęcenia. Nie dla każdego jest to szczyt marzeń i sposób osiągnięcia samorealizacji. Mimo, że Eva bardzo stara się to ukryć, nie jest w stanie udawać jak bardzo niesatysfakcjonująca jest jej relacja z synem. Shriver opisuje to bez sentymentów, dosadnie, prosto.
Jedyne moje zastrzeżenie do tej książki albo raczej jedno z bardzo nielicznych to postać Kevina. Od chwili urodzenia jest przedstawiony jako inny, dziwny. Dopiero z czasem okazuje się, że Eva też nie była ideałem i teraz pytanie co jest skutkiem czego. Nie da się tak uprościć genezy zła w człowieku. Na pytanie, co sprawia, że młodzi ludzie w amerykańskich szkołach, zabijają swoich kolegów nie ma odpowiedzi.
Bardzo polecam tę książkę.

Moja ocena: 6/6

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Safari mrocznej gwiazdy



Dark Star Safari

Overland from Cairo to Cape Town

Paul Theroux







Wszystkie wiadomości z Afryki są złe.  („All news out of Africa is bad”.) To pierwsze zdanie książki, kwestia, która zainspirowała Theroux do odbycia ponownej podróży na ten kontynent. Autor wraca tam po ponad 30 latach, chcąc uciec od cywilizacji, telefonów, maili, spotkań, zgiełku i bycia w ciągłym zasięgu. Postanowił wyruszyć w samotną podróż lądową wzdłuż całego kontynentu – Egipt, Sudan, Kenia, Uganda, Tanzania, Malawi, Mozambik, Zimbabwe, i Republika Południowej Afryki. Całość, spięta klamrą spotkań z dwojgiem laureatów literackiej Nagrody Nobla: w Egipcie Naguib Mahfouz, w RPA Nadine Gordimer.



Theroux nie wyruszył utartymi szlakami turystycznymi, które zafałszowują prawdziwy obraz regionu. Jego sposób podróżowania skutkował licznymi, niekoniecznie przyjemnymi przygodami. Nasz dzielny podróżnik był kilkakrotnie napadany, obrabowany, wyzywany, a nawet ostrzelany z broni palnej. Po powrocie do kraju jeszcze przez wiele miesięcy walczył z pasożytem, który jako pasażer na gapę zabrał się z nim do Londynu.
W podróży dokuczał mu upał, brak dróg, zdezelowane środki transportu, „bad people”. Theroux chciał sprawdzić co się zmieniło w Afryce przez te lata, które minęły od jego wyjazdu. Przed laty pracował w Malawi jako nauczyciel. Podróż była więc okazją do odwiedzenia szkoły, byłych uczniów, kolegów z pracy i przyjaciół.
 Jego obserwacje napawają mnie smutkiem i przygnębieniem. Pisze, że wszelkie zmiany jakie tam zaszły, są tylko zmianami na gorsze. Afryka jest bardziej głodna, biedniejsza, poziom edukacji jest jeszcze niższy, za to jest bardziej pesymistyczna, skorumpowana, do tego lekceważona przez świat, niezrozumiana, a mieszkańcy są najbardziej okłamywanymi ludźmi na świecie, manipulowanymi przez własne rządy, pomoc międzynarodową, zagranicznych ekspertów. Pomoc charytatywna przynosi, zdaniem Theroux, więcej szkody niż pożytku. Z resztą za te poglądy był mocno krytykowany. Do mnie jednak jego argumenty przemawiają.
Większość Afrykanów, z którymi rozmawiał autor, marzyła tylko o jednym – wyjechać stąd jak najdalej, najlepiej do Ameryki…
Safari mrocznej gwiazdy to obszerny reportaż ukazujący prawdziwą Afrykę. Jakże często naszym pierwszym skojarzeniem z tym kontynentem jest widok dzikich zwierząt na skąpanej w słońcu sawannie. Zapominamy, że to wielki kontynent gdzie są i pustynie i dżungla, góry, rzeki, kilka stref klimatycznych, a przede wszystkim ludzie, mówiący różnymi językami, o różnym odcieniu skóry i wierzący w różnych bogów.
Odbywając tak wyczerpującą podróż Paul Theroux nie jest już młodzieniaszkiem, dobiega sześćdziesiątki, jednak wciąż jest pełnym entuzjazmu, ciekawości świata i zapału podróżnikiem, który jednocześnie niejedno już widział i przeżył. Książka jest napisana tak, że nie można się od niej oderwać. Czytelnik niemalże czuje, że wędruje razem z nim. To jedna z lepszych książek, które czytałam w 2013 roku. Polecam.

Moja ocena: 6/6

Theroux, P., Dark Star Safari. Overland from Cairo to Cape Town. Penguin Books. 2003.

sobota, 20 lipca 2013

Spotkanie po latach

Nowa książka Johna Irvinga porusza temat lektur, które pomagają młodym ludziom, nastolatkom dorosnąć, zrozumieć swoje rozterki. Dla mnie takimi książkami były w pewnym sensie powieści Johna Irvinga. Zaczytywałam się nimi w liceum, były odskocznią, od czasami szarej, szkolnej rzeczywistości, bawiły. Może nie uczyły ale z pewnością jakoś wpływały na mój rozwój. Napisane bardzo przystępnym językiem, mało literackim ale też nie z ulicy, przesycone seksualnością, humorem, poszukiwaniem swojej tożsamości. Moją ulubioną książką tego autora był chyba Regulamin tłoczni win, ale inne również bardzo lubiłam.
Kiedy byłam na studiach wyszła powieść Zanim cię znajdę. Kupiłam ją w oryginale bo akurat dość intensywnie uczyłam się angielskiego. Until I Find You stoi teraz na mojej półce jak wyrzut sumienia – nie doczytałam jej do końca, a bardzo tego nie lubię. Do tej pory tkwi w niej zakładka. Utknęłam na 510 stronie, czyli już za połową, ale jej lekturę do tego etapu też wspominam jako udrękę. Dlaczego? Myślę, że po latach znalazłam odpowiedź na to pytanie sięgając po najnowszą powieść Irvinga pod tytułem W jednej osobie.

Tym razem udało mi się wytrwać do końca ale lektura nie była taką przyjemnością jaką powinna być. Czekałam do końca licząc na to, że jeszcze na tych stronach odnajdę starego dobrego Irvinga. Nie było go tam...
Książka opowiada o Billym Abbotcie. Narrator jest już starszym panem i z perspektywy lat opowiada o swoim życiu i o stawaniu się sobą, z naciskiem na kształtowanie się jego tożsamości seksualnej. Brzmi interesująco. Co wydarzyło się w życiu młodego, nastoletniego chłopca, że stał się on biseksualny? W czasach szkoły średniej William przeżywał zauroczenie swoim ojczymem, kolegą ze szkoły, tajemniczą panną Frost, bibliotekarką, która umiejętnie podsuwa mu literaturę. Chłopak fascynuje się teatrem amatorskim działającym w miasteczku, gdzie jego matka jest suflerką, a ciotka i dziadek Harry aktorami. Dziadek fantastycznie odtwarza wszelkie role kobiece.
 Pomysł ciekawy, niestety realizacja beznadziejna… Fabuła tej książki jest tak oddalona od życia, od sedna problemu i realizmu jak to tylko możliwe. Nagle okazuje się bowiem, że wszyscy mieszkańcy małego, amerykańskiego, prowincjonalnego miasteczka mają problemy natury seksualnej. Okazuje się, że w mieście aż roi się od osób transseksualnych, biseksualnych, homoseksualnych, transwestytów… Zapewne autorowi o to chodziło aby przedstawić problem w sposób przerysowany i komiczny, jednak zrobiło się od tego za gęsto, przestało być zabawnie, a zrobiło się żałośnie. Granica między zabawnie i żałośnie zawsze jest bardzo, bardzo cienka. Odważne, prowokacyjne opisy seksu, z których znamy Irvinga, w tej książce są odpychające.
W książce pojawiają się wątki dobrze znane z innych utworów tego autora np.: „Wielkie nadzieje” Dickensa, jako najważniejsza książka w życiu bohatera, czy zapasy.
Billy Abbot wychowywał się bez ojca, ale dużo o nim słyszał, opowiadał mu o nim jego dziadek, matka i wuj. W końcu Billemu uda się odnaleźć ojca w Hiszpanii. I co? Okazuje się, że został gejem…
W jednej osobie to próba zwrócenia uwagi na fakt, że ludzka seksualność posiada wiele odcieni i nawołuje do tolerancji. W moim przypadku osiągnięto skutek przeciwny do zamierzonego, jeśli jakikolwiek. Chętnie wymienię tę książkę lub po prostu sprzedam. Na pewno do niej nie wrócę i nie będę miała do niej sentymentu. 

Podsumowując: jeśli zastanawiasz się nad przeczytaniem tej książki to mogę Ci powiedzieć, że naprawdę nic nie stracisz nie czytając jej. Mi, fance dawnego Irvinga żal to pisać ale taka jest prawda. To był mój ulubiony pisarz…

John Irving, W jednej osobie, przeł. M. Moltzan-Małkowska, Pruszyński i S-ka, 2012.